strona główna >

Komorowski nie dostanie kolacji, Napieralski dostanie bliźniaczki. Kobiety w kampanii prezydenckiej: budowanie męskiej wspólnoty

Agata Chełstowska, Kolektyw UFA, Lewicowa Sieć Feministyczna Rozgwiazda
 
...czyli Kobiety w kampanii prezydenckiej: budowanie męskiej wspólnoty


W tegorocznej kampanii wyborczej o kobietach  mówiono  częściej i z większa powagą niż w poprzednich latach. Padły nawet konkretne obietnice wyborcze[1] i deklaracje, choć większość gestów miała znaczenie wyłącznie „wizerunkowe” (oznacza to, że były to puste słowa lub obrazki, od których los konkretnych kobiet się nie poprawi). Są to zaledwie pierwsze znaki zmian, które mogą dopiero nadejść. W czasie kampanii można było odnieść  wrażenie, że w wielkiej polityce kobieta nadal nie jest konkretnym, sprawczym podmiotem, ale symbolem, figurą, wizerunkiem. Kampania nas nie rozpieszczała: dyskurs najważniejszych kandydatów był na różne sposoby patriarchalny.Jak sztaby największych kandydatów podeszły do „sprawy kobiet”?

Zacznijmy od przekazów medialnych. Kobiecą stroną kampanii Bronisława Komorowskiego ma być jego żona, Anna Komorowska, która już dziś występuje w mediach w roli pierwszej damy, odwiedzając różne miejscowości i „poznając problemy kobiet”[2]. W kampanii Jarosława Kaczyńskiego na analogicznej pozycji wystawiono córkę zmarłego prezydenta, Martę Kaczyńską. Na czele sztabów wyborczych i PiS, i PO postawiły kobiety, których zadaniem jest „ocieplanie” wizerunku kandydatów, bycie ich żeńskimi uzupełnieniami. Rola ta jest raczej wizerunkowa, niż programowa. Oznacza to, że obecność  Joanny  Kluzik-Rostkowskiej przy boku Jarosława Kaczyńskiego ma pomóc mu przywołać „socjalną” twarz PiS, ale nie gwarantuje niestety, że problemy kobiet zostaną w kampanii tego kandydata jasno wyartykułowane (byłoby to sprzeczne z konserwatywnym profilem tej partii). Podobnie obecność Małgorzaty Kidawy-Błońskiej w kampanii kandydata PO nie obliguje jej do poruszania tematu zapłodnienia in vitro etc.Opcja 1: Bronek nie dostanie kolacji, czyli żarcik o władzy kobietO ile w spotach reklamowych Jarosława Kaczyńskiego kobiety nie są szczególnie widoczne (widoczne są raczej rodziny), o tyle spot reklamowy Bronisława Komorowskiego[3] wzbudził wiele komentarzy. W spocie „Odwaga” kandydat opowiada o swoim pochodzeniu i historii swojego życia, wspominając o żonie, która wychowała pięcioro dzieci i wspierała go w czasie internowania. Na koniec marszałek mówi: „Zatem, gdy ktoś mnie spyta co jest w życiu najważniejsze, odpowiadam: odwaga. No i rodzina – pewnie inaczej nie dostałbym kolacji (śmiech)”. W tej scenie Komorowski pokazuje się jako ojciec rodziny, zasiadający do kolacji przy rodzinnym stole. Kolację podaje żona, wcielenie „kobiety domowej”.Jak mamy rozumieć tę krótką uwagę rzuconą żartobliwym tonem na końcu spotu? W zamyśle jego reżyserów miał to być pewnie żart rozluźniający atmosferę wzniosłego politycznego przekazu. Kandydat został przestawiony jako osoba prywatna, ojciec i mąż, w nieoficjalnej scenerii. Bronisław Komorowski jest kandydatem na prezydenta, ale jest też taki jak my – zdają się mówić twórcy spotu. Siada do kolacji jak wszyscy i, jak wszystkim, zupę podaje mu żona. Podział ról jest jasny i sprawiedliwy. Komorowski pretenduje do najwyższej władzy państwowej, do sprawowania rządów w sferze publicznej. W sferze prywatnej, przy stole, władzę dzierży jego żona. Jeśli coś jej się nie spodoba w postępowaniu męża, może wyrazić swój protest, nie dając mu kolacji. Kandydat podkreśla, że dlatego stosuje się do jej życzeń (mówiąc, że rodzina jest najważniejsza).Cała uwaga jest jednak żartem, stwierdzeniem, które jest śmieszne, bo nieprawdziwe. Władza żony, jej możliwość wywierania wpływu na męża jest żartem, czymś nie do końca poważnym, śmiesznym z powodu kontrastu między narzędziami władzy męskiej (ustawy, dekrety, zajmowanie stanowiska prezydenta) a kobiecej (łyżka, zupa, waza). Żartobliwa uwaga o niedostaniu kolacji odwołuje się do hołubionych w Polsce legend o domowej władzy żony, streszczonych na przykład w powiedzeniu o głowie domu i szyi, czy w figurze matki gastronomicznej, infantylizującej rodzinę obiadkami, szantażującej swoim poświęceniem, próbującej przekuć usługiwanie i niecenioną pracę reprodukcyjną w mechanizm nacisku[4]. Wyobrażenie o władzy kobiet w domu ma też charakter kompensacyjny. To prawda, że w sferze publicznej, niezależnie od tego która partia wygra wybory, rządzić będzie mężczyzna. Wy, kobiety, na pociechę dostaniecie władzę w domu. My będziemy pisać ustawy, wy gotować zupy. Zadowolone?  

 
Przyznam, że ta drobna, żartobliwa uwaga wmontowana w klip wyborczy Bronisława Komorowskiego, jest na prawdę znakomitym posunięciem PR-owym. To odwołanie do wspólnej domowej kolacji, przekomarzania się z mamą-żoną, skojarzenie z ciepłem, domem i jedzeniem pozostawia widza z miłym uczuciem swojskości. Kandydat, rzucając ten niewymuszony żart, przełamuje też poważny ton kampanii i demonstruje kulturową zażyłość z widzem-wyborcą.Legenda o powszechnym konsensusie i domu jako sferze łagodnej lecz niezaprzeczalnej władzy kobiety (żony i matki) pozostaje jednak legendą. Albo raczej bajką. Co roku ponad sto kobiet ginie w Polsce z rąk swoich partnerów[5].Giną w domu, podobno bezpiecznej przestrzeni. Najwyraźniej zabieranie kolacji, to w praktyce raczej słaby sposób artykułowania swojego zdania.


Klip reklamowy to tylko jeden z wielu elementów kampanii Komorowskiego odwołujących się do reprezentacji płci, które konstytuują jego narracje  o rodzinie, państwie  i prezydenturze oraz jego podmiotowość jako mężczyzny. Oprócz kobiecości żony, zdarzały się też wypowiedzi odnoszące się do męskości samego kandydata. Wzmianki o przodkach Komorowskiego, którzy walczyli „we wszystkich wojnach, we wszystkich powstaniach” przydają jego wizerunkowi szczyptę waleczności, wojskowy blask. Dużo mówiło się o zamiłowaniu marszałka do polowania (przydomek „Gajowy”), typowo męskiego hobby. Marszałek rozpływał się nawet nad takimi rozkoszami jak odcinanie, krojenie i jedzenie jąder świeżo upolowanego dzika. Wybór takich a nie innych pojęć i opowieści, ujawnia  odwołania do patriarchalnej, agresywnej  męskości wyposażonej do konfliktu i  zwycięstwa. Symboliczne pozbawienie upolowanej zwierzyny czy politycznego  przeciwnika   atrybutów męskości odzwierciedla subiektywność marszałka i konstruuje polityczny model jego  prezydentury. Z kolei Kaczyński z kotem, czy Napieralski z córkami w przedszkolu, to odwołania do męskości opiekuńczej.  Opcja 2: kobieta nowoczesna, czyli młoda, szczupła i seksownaNie podoba wam się spot Komorowskiego z zupą? Nie ma sprawy, kandydat Napieralski przygotował coś o wiele lepszego: kobiety nowoczesne!W klipie reklamowym Grzegorza Napieralskiego tańczą i śpiewają dwie młode kobiety o mocnym makijażu, blond włosach, ubrane w obcisłe dżinsy i koszulki, albo w krótkie sukienki[6]. Jak rozumiem, klip miał wpisywać się w konwencję popowego teledysku. To udało się bezbłędnie. Czy to miał być jakiś gest w stronę ludzi młodych?


To, co uderzyło mnie najbardziej to ostatni kadr. Nazwisko kandydata na prezydenta na bujających się piersiach kobiet. Dziewczyny występując w spocie założyły koszulki z napisem „Grzegorz Napieralski” a kamera podjechała blisko, tak, że w kadrze widoczne są tylko biusty. Fragmentaryzacja, pocięcie, uprzedmiotowienie kobiecego ciała. Zabieg znany z reklamy, mody i pornografii. Do tego znany, anorektyczny wzorzec kobiecego ciała. Inne elementy estetyki pornograficznej: miny dziewczyn, motyw „bliźniaczek”. Czy Napieralski sądzi, że obecność bliźniaczego rodzeństwa w klipie zwiększy jego powodzenie w wielkiej polityce? Trudno podejrzewać, ze to świadoma prowokacja (transformacja dwóch starszych mężczyzn-bliźniaków w dwie młode kobiety-bliźniaczki, jako wizualna reprezentacja hasła o zmianie w polityce?).


Założenie, na którym oparto produkcję tego klipu: wszystko, również politykę, da się zareklamować za pomocą młodych, kobiecych ciał. Jeśli w reklamie pojawi się bujająca biodrami blondyna - sprzedaż murowana! Nieważne czy to proszek, polityk, czy opony, widok młodych kobiet na pewno tak zahipnotyzuje (w domyśle męskiego) odbiorcę, że kupi produkt w ciemno. To założenie, a właściwie reklamowy dogmat, jest oparte na przekonaniach seksistowskich zarówno w stosunku kobiet, jak i mężczyzn. Praktyka, o której piszę jest zresztą tak powszechna, że aż banalna. Widok kobiecego ciała jako motywu dekoracyjnego jest po prostu wytartym komunałem, czymś tak popularnym, że prawie przezroczystym. Młodych kobiet zawsze używa się jako przyjemnej dekoracji.Oczywiście można spytać: cóż to szkodzi, przecież dziewczyny są ładne, może właśnie popierają Napieralskiego i chciały taką piosenkę zaśpiewać? Odpowiem: zgoda, uznaję ich podmiotowość, kobiety, które wystąpiły w tym klipie na pewno szczerze popierają tego kandydata. Niestety, nie udało im się wystąpić w roli czegoś innego niż pietruszka przystrajająca rosół. Zostały sfilmowane w określonej konwencji, która jest w naszej kulturze dawno zdefiniowana. Jest to konwencja „miłe, ładne dziewczyny bujają się w rytm piosenki o uwielbieniu dla silnego mężczyzny”.


Jeśli te kobiety chciały wystąpić jako polityczki lub choćby polityczne podmioty, to nie udało im się. Wpadły w pułapkę konwencji. Lub szerzej, w pułapkę kulturowej roli kobiety jako dekoracji: w modzie, urodzie, na rynku małżeńskim i rynku pracy oraz, jak się okazuje, w polityce. Gdybym ja miała wystąpić w klipie reklamującym jakiegokolwiek polityka lub jakąkolwiek polityczkę, zadbałabym o to, żeby na pierwszy plan nie wysuwano mojej fizyczności, ale to, co mam do powiedzenia (i byłoby to coś więcej, niż „To on…”).A może przeciwnie, dziewczyny, które wystąpiły w spocie nie wpadły w żadną pułapkę tylko świadomie wykorzystały szansę na wystąpienie w filmie reklamowym o ogromnej oglądalności i za przyzwoite pieniądze? Być może tym konkretnym kobietom rola, którą odgrywają w klipie odpowiada. Ja chcę żyć w świecie, gdzie kobiety nie są tylko dekoracją, towarem, urodą. Chcę brać udział w życiu politycznym, gdzie nie ma podwójnych standardów. Gdzie problemy kobiet są brane poważnie. Gdzie nie dzieli się ich na ładne i mądre.A co w programach?Reklamowa wpadka Grzegorza Napieralskiego dziwi, jeśli porównać klip z treścią jego programu. Dlatego jego kampanię odbieram jako niespójną: z jednej strony liczył na głosy kobiet i osób o przekonaniach lewicowych, nie unikał otwartych deklaracji ideowych, brał udział w spotkaniach z kobiecym elektoratem. W jego programie znalazły się postulaty zmiany ustawy antyaborcyjnej, zwalczania przemocy wobec kobiet i dyskryminacji na rynku pracy[7], poparcie dla edukacji seksualnej. Z drugiej strony częścią jego kampanii stał się także ten spot nakręcony przez kogoś, kto najwyraźniej nie odrobił pierwszej lekcji z feministycznego elementarza: „uprzedmiotowienie kobiecego ciała w kulturze popularnej”.W programie Bronisława Komorowskiego nie znajdziemy podobnych propozycji (oprócz deklaracji poparcia dla refundacji metody in vitro). Platforma Obywatelska kładzie ostatnio duży nacisk na rozwój kobiet-członkiń partii, ale nie popiera postulatu parytetu, opowiada się też za cięciami budżetowymi, które skutkować będą jeszcze większymi obciążeniami dla kobiet (zdrowie, opieka, edukacja). Pamiętajmy też, że to Platforma Obywatelska dała nam pełnomocniczkę Radziszewską – najbardziej niekompetentną ministrę do spraw równouprawnienia w historii III RP, ministrę zdrowia Ewę Kopacz z jej pomysłami rejestrowania ciąż czy Jarosława Gowina, autora projektu ustawy o ograniczeniu dostępu do zapłodnienia in vitro.Prezydentura Jarosława Kaczyńskiego prawdopodobnie nie przyniosłaby w kwestiach kobiecych radykalnej poprawy. Mimo iż Joanna Kluzik-Rostkowska rozumie problemy kobiet i może stanowić partnerkę do reform np. sieci przedszkoli, należy pamiętać, że PiS jest partią konserwatywną, za rządów której próbowano zaostrzyć jeszcze ustawę antyaborcyjną, a kiedy to się nie udało, zakazać procedury in vitro (swoją drogą wszyscy bez wyjątku kandydaci biorący udział w debacie wyborczej TVP zgadzali się co do tego, że rozwój przedszkoli to świetny pomysł – ciekawe czy zrealizują ten zamiar po wyborach). PiS ma też zdecydowaną tendencję do przedstawiania spraw dotyczących kobiet jako spraw rodziny.Czego wy w końcu chcecie?Ktoś mógłby spytać: skoro nie odpowiada wam ani przedstawienie kobiet jako matek ani jako młodych i seksownych dziewczyn, to czego wy w ogóle chcecie? I co jest złego w byciu matką? Odpowiadam: nie chodzi o tu o samo bycie matką, żoną lub atrakcyjną kobietą. Problemy matek powinny się stać pierwszoplanowymi zagadnieniami kampanii politycznych. Sfera opieki, wychowania dzieci, pracy w domu, zdrowia – wszystko to kwestie palące, w których trzeba domagać się sprawiedliwości.Jednak obecność kobiecych postaci w klipach Napieralskiego i Komorowskiego w ogóle nie służyła temu, żeby mówić o jakichś realnych problemach kobiet, młodych, czy starszych, będących czy niebędących matkami. Były to jedynie znaki, sygnalizujące jakiego rodzaju patriarchalny model relacji społecznych lansuje kandydat: „tradycyjny”, opierający się na roli kobiety jako matki i żony, pracującej w domu, czy „nowoczesny”, opowiadający się za rolą kobiety jako obiektu seksualnego.Trzeba tu też dodać, że samo powiązanie kobiety domowej z przeszłością czy „tradycyjnością” jest już pewnym zabiegiem ideologicznym, uprawomocniającym konkretną ideologię. Nie wszystkie kobiety żyjące w przeszłości były jedynie domowymi żonami i matkami. Były też królowe, artystki, robotnice, pisarki, wojowniczki i inne kobiety, które na przestrzeni historii niekoniecznie spełniały wymogi sztywno zdefiniowanego ideału kobiety z dzisiejszego kodeksu polskiej prawicy. Sam wzór żony i matki bywał bardzo różny w zależności od kultury, okresu historycznego, klasy. To samo dotyczy utożsamienia przyszłości czy nowoczesności z modelem kobiety seksualnej, „wyzwolonej”.Kiedy w polityce postuluje się „powrót” do „tradycyjnej roli kobiety” warto pamiętać, że jest to pewna konstrukcja przeszłości, która ma uprawomocnić proponowany model. To zaszczepienie przekonania o „dawności” czy „naturalności” pewnego modelu ma po prostu służyć temu, aby utrudnić sprzeciw wobec niego, zapewnić mu legitymizację.

Władczy mężczyźni, symboliczne kobiety

W jednej ze swoich prac[8] Joan Scott, amerykańska historyczka, zdefiniowała gender jako „podstawowy sposób oznaczania relacji władzy” lub „pierwotne pole, wewnątrz którego lub poprzez które artykułuje się władza”. To właśnie widzimy w omówionych wyżej klipach reklamowych: płeć kulturowa została w nich użyta, aby „wyartykułować” model świata społecznego, kobiece postacie zostały w nich umieszczone, aby podkreślić wzorzec męskości  kandydatów, który jest elementem ich koncepcji państwa i prezydentury.Zdaniem Scott „różnica płci jest pierwszym sposobem na oznaczenie różnicy”, „gender tkwi u podstaw konceptualizacji władzy i uczestniczy w konstruowaniu jej w konkretnym kształcie”. Tegoroczne filmy reklamujące kandydatów na prezydenta były w domyśle skierowane do mężczyzn a ich treść miała roztoczyć przed widzem-wyborcą-mężczyzną miłą wizję panowania: nad kobietą matczyną lub seksualną.
Wprowadzenie elementu płci kulturowej w obydwu tych spotach ma służyć konstrukcji pewnej wizji świata. Fundamentem jest tu skierowanie uwagi na to, co w mniemaniu twórców spotów niezmienne, o czym mówić łatwo, co swoją oczywistością budzi wesołość: odwieczna różnica i hierarchia płci. Dzięki postaciom seksownych blondynek i przewrotnych pań domu, osiągnięto „oznaczenie relacji władzy”, o którym pisała Scott: mężczyźni nadal będą królować nad kobietami, kandydaci różnią się tylko tym, nad jakimi kobietami chcą królować. W ten sposób buduje się poczucie męskiej wspólnoty jako wzór dla życia politycznego.Kobiety realneAby wyjść z tego zamkniętego kręgu potrzebujemy w polityce kobiet realnych – a więc kobiet, które mówią o naszych problemach wprost, które artykułują je jako polityczne postulaty, a doszedłszy do władzy, systematycznie realizują prokobiecy program. Krótko mówiąc, brakuje nam w tym roku Izabeli Jarugi-Nowackiej jako kandydatki na prezydenta. Brakuje polityczek, które mogłyby pochwalić się feministyczną wrażliwością, które używają lewicowego języka, działają nie tylko w obszarze polityki reprezentacji, czy tzw. interesów kobiet, ale też w obronie  praw człowieka, sprawiedliwości społecznej, w tym sprawiedliwości reprodukcyjnej. Brakuje polityczek, które proponują nowy projekt państwa i nowe założenia dla gospodarki – tak, aby jej celem było zabezpieczenie ludzkich potrzeb, a nie wyłącznie maksymalizacja zysków. Póki co wybór mamy między prawicowym panem A a prawicowym panem B, więc nie ma po co iść do urn.


Ale dość narzekania. Drogie panie. Do następnych wyborów zostało jeszcze trochę czasu. Napiszmy nowe programy, a wyborach wystawmy własne kandydatki!